Rozdział 1 :)
Harry:Był okropny deszczowy poranek. Siedziałem na swoim łóżku myśląc o tym, że prawdopodobnie moi przyjaciele są w Hogsmeade i kupują słodycze w Miodowym Królestwie, albo piją kremowe piwo u Madame Rosmerty. Nie mogłem ich jednak za to winić. Pozostanie w Hogwarcie było moim "wspaniałym" pomysłem. To był mój parszywy wybór więc nie miałem nawet na kogo zrzucić winy! Sam chciałem tu zostać. Nagle ogarnęła mnie taka złość na siebie, że wziąłem pierwszą, lepszą rzecz którą miałem pod ręką i cisnąłem ją byle gdzie. Ta rzeczą był jakiś stary zrolowany kawałek pergaminu. Siła rzutu była na tyle mocna że odbił się on od okna i wpadł do środka stojącej pod nim klatki Świstoświnki. Malutka sówka uznała, że owy przedmiot jest przeznaczony dla niej, po czym zaczęła tarmosić papier w małym dzióbku, drzeć go pazurkami i wesoło przy tym pohukiwać. Nagle przez głowę przemknęła mi myśl... Znając twoje szczęście, to na pewno coś ważnego. Podszedłem więc natychmiast do klatki i zręcznie zabrałem Śwince pergamin. Był trochę poszarpany więc użyłem zaklęcia Reparo. Okazało się, że kartka była czysta. Westchnąłem z ulgą i odłożyłem ją na półkę, na której kłębił się już całkiem spory stos innych niezużytych stron. Postanowiłem oczyścić umysł i przejść się. W końcu Hogwart, zawierał w swoich gmachach więcej ciekawych i co lepsze nieodkrytych miejsc niż jakieś głupie Hogsmeade! Prychnąłem cicho nie wierząc we własną głupotę. Przydałyby się tylko peleryna i mapa... Właśnie! Mapa Huncwotów! Nie miałem jej w rękach od...wieków! Zacząłem przetrzepywać wszystkie swoje rzeczy, sprawiając, że wokół mojego łóżka zrobił się okropny- jakby to powiedział Ron- syf. Mapy jednak nie znalazłem. Postanowiłem sprawdzić też w komodzie. Ujrzałem tam stos moich pergaminów porozwalanych po całym jej wnętrzu.Westchnąłem, usiadłem na podłodze i wywaliłem na nią całą jej zawartość. Zacząłem po kolei brać każdą kartkę do ręki i przytykając różdżkę do ich powierzchni mówić "Uroczyście przysięgam że knuję coś niedobrego". Potem odkładałem strony na bok tworząc równy stosik. Okazało się, że spośród 32 kawałków pergaminu, Mapą Huncwotów był przedostatni. Okazało się też, że wcale nie miałem jej tak dawno w rękach. Był to bowiem ten sam kawałek pergaminu którym cisnąłem w okno, który wleciał do klatki Świstoświnki, został przez nią potargany i który naprawiłem zaklęciem Reparo. To chyba naprawdę nie jest mój szczęśliwy dzień... Chwyciłem w ręce Mapę, narzuciłem na siebie pelerynę i wyszedłem z pokoju. Zszedłem po schodach o mało nie wpadając na jakiegoś roztargnionego pierwszoroczniaka. Gwałtowny skręt z mojej, strony zaowocował bardzo nie przyjemnym potknięciem i krzywym stanięciem.Już miałem za nim krzyknąć żeby chociaż przeprosił ale w porę przypomniałem sobie że mnie nie widać. Pokuśtykałem więc przez pokój wspólny zauważając, że zostali w nim tylko pierwszo i drugoroczniacy- czyli ci, którzy jeszcze nie mogli odwiedzić Hogsmeade- oraz kilkoro starszych uczniów, którzy nie odwiedzili wioski z powodu załamania pogody. Wyminąłem labirynt krzeseł i foteli uważając aby przypadkiem nie zahaczyć peleryną o żadne siedzisko. Minąłem gobelin ze złotym lwem na czerwonym tle, podszedłem do dziury w portrecie i wyszedłem na korytarz. Idąc sprawdzałem na mapie czy na trasie którą obrałem nie ma żadnego z moich przyjaciół. Jedynym towarzyszem jakiego potrzebowałem była samotność. Kroczyłem przez korytarz zmierzając do pokoju życzeń. Nagle zza drzwi komnaty nauczycielskiej usłyszałem własne nazwisko. Z przyzwyczajenia przyłożyłem ucho do chłodnej powierzchni drewna. Uznałem, że jest to środek rozmowy bo nic nie rozumiałem, a osobą która wymówiła moje imię była jak przypuszczałem profesor McGonnagall:
- Mam przeczucie, że niedługo stanie się coś złego.-Powiedziała profesorka. Usłyszałem cichy syczący głos przeciągający sylaby. Snape!
- Obstawiam, że jak we wszystko inne jest w to zamieszany Potter.- Zdawało mi się, że nawet przez gruby mahoń zobaczyłem jego krzywy uśmieszek.
-Potter, Potter! Wszystko on tak?- Podskoczyłem, a McGonnagall ściszyła głos- Jeśli jeszcze raz dasz mi do zrozumienia, że według ciebie któryś z moich wychowanków jest niebezpieczny to potraktuję cię jakimkolwiek, pierwszym lepszym urokiem!- Uśmiechnąłem się sam do siebie. Nagle usłyszałem szybkie kroki w moją stronę i zanim zdążyłem zrobić cokolwiek drzwi otworzyły się a ja dostałem nimi z całej siły w głowę. Zatoczyłem się do tyłu jedną ręką trzymając pelerynę tak żeby nie spadła a drugą błądząc ręką po ścianie i szukając czegoś czego mógłbym się złapać by nie upaść. Podczas uderzenia oczy zaszły mi łzami i wydałem zduszony przez poły peleryny jęk. Profesorka chyba to usłyszała, bo odwróciła się w moją stronę i rozejrzała niepewnie. Nikogo jednak nie zobaczyła więc poszła dalej zapewne sądząc, że to halucynacje wywołane gniewem. W tym momencie ja odnalazłem ręką jakiś świecznik zawieszony na ścianie i uwiesiłem się na nim całym ciężarem. Świecznik poruszył się. Pomyślałem, że się urywa więc z trudem stanąłem na własnych nogach opierając się o ścianę. W pewnym momencie coś przewróciło mi się w żołądku. Winna temu była ściana która obróciła się tak że teraz znajdowałem się po jej drugiej stronie. Ujrzałem ciemny tunel. Postawiłem krok i moja noga natrafiła na spadek, pociągając za sobą całe ciało. Zjechałem na tyłku rurą, boleśnie się obtłukłem, obróciłem się w powietrzu zjechałem z wyskoku i spadłem bezwładnie na ziemię. Straciłem przytomność...
**********************
Obudził mnie dźwięk spuszczanej wody i to że moje ubranie nagle zrobiło się mokre. Otworzyłem oczy i nic nie zobaczyłem. Podniosłem się do pozycji siedzącej przy okazji wyjmując z kieszeni szaty różdżkę. Odetchnąłem z ulga czując że była w jednym kawałku. Chwyciłem ją mocno i powiedziałem:
-Lumos Maxima!- poczułem zdziwienie gdy światełko zaświeciło mi na brzuch. Przekręciłem ją w dobrą stronę i wstałem. Poświeciłem na podłogę. Była mokra. Domyśliłem się ze to woda z rur, ponieważ poczułem ją dopiero wtedy gdy usłyszałem dźwięk spuszczanej wody. Wziąłem w rękę wilgotna pelerynę i lekko rozmokniętą mapę na które rzuciłem zaklęcie osuszające i poszedłem przed siebie z zamiarem odkrycia tego dokąd prowadzi tunel. Nie był on jakąś fantastyczną atrakcją. Co kilka kroków na ścianach pojawiały się zacieki. Pod nogami przebiegały mi szczury. Ogólnie było tam brudno i strasznie śmierdziało. Nagle zatrzymałem się gwałtownie. Zacząłem się ruszać tak jakbym był marionetką, a jej właściciel nagle zaczął z całej siły ciągnąć za sznurki. Wyglądało to dosyć zabawnie ale mnie nie było do śmiechu. Otóż gdy szedłem powoli oglądając te "piękne" widoki, do nogawki wlazł mi niejaki szczur. Poczułem na ciele dotyk zimnych łapek i ból spowodowany zaciskaniem się na mojej nodze ostrych ząbków. Z bezsilności upadłem na kolana powalony bólem. Podniosłem nogawkę i go zobaczyłem. Był szarawy chociaż sądziłem że jest po prostu brudny, bo gdzieniegdzie na jego sierści prześwitywały białe plamy. Miał czerwone oczy, które patrzyły się na mnie. Jego ząbki były zatopione w mojej i tak już zakrwawionej nodze. Przez chwile miałem w głowie dziwną myśl. Uznałem, że ten szczur podobny jest do Voldemorta. Zacząłem się miotać jak szalony aby strząchnąć z siebie gryzonia. Potem podjąłem decyzję. Rozpędziłem się i uderzyłem z impetem w ścianę. Możliwe, że szczur spadł ale jedno wiem na pewno. ponownie zemdlałem...
************************
Obudziłem się znów w całkowitych ciemnościach. Wymacałem różdżkę na podłodze i zapaliłem ją (tym razem trzymałem ją w dobrą stronę). To co zobaczyłem doszczętnie mnie przeraziło. Wokół mnie było mnóstwo szczurów. Wszystkie oprócz TEGO jednego białego były czarne (zupełnie jak śmierciożercy) Zacząłem piszczeć jak dziewczynka cały czas oglądając się za siebie. Sprawiło to, że nie patrząc pod nogi potknąłem się o coś (tak na dobrą sprawę nie wiem o co) i uderzyłem głową w podłogę. Straciłem przytomność po raz trzeci tego dnia...
************************
Obudziłem się w tej samej pozycji w której zemdlałem za pierwszym razem. Okazało się, że to co przed chwilą przeżyłem, było czymś w stylu poupadkowej fatamorgany i lekkiego wstrząsu mózgu. Otrząsnąłem się z tej dziwnej sytuacji i wstałem. Wziąłem Mapę Huncwotów i pelerynę po czym ruszyłem przed siebie. Zastanawiałem się czy po straceniu przytomności nie miałem pewnego rodzaju wizji ponieważ wszystko wydawało się być takie jak wtedy. Znowu szedłem tym samym tunelem, który do bólu przypominał ten prowadzący do komnaty tajemnic i znów patrzyłem na pleśniejące zacieki na ścianach. Kiedy jakiś szczur przebiegł mi pod nogami o mało co nie dostałem ataku serca. Po jakiejś godzinie udało mi się odnaleźć wyjście. Był to okrągły, metalowy i zardzewiały właz taki jaki zazwyczaj można znaleźć na ulicy. Jeden z tych które prowadza do kanałów. Wszedłem na drabinkę i uniosłem go. Był dosyć ciężki ale udało mi się go odchylić przynajmniej trochę. To co zobaczyłem niezmiernie mnie zdziwiło. Byłem w łazience. W łazience Jęczącej Marty.
Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Z góry przepraszam za błędy a zwłaszcza za interpunkcję bo jest ona moją słabą stroną. Liczę na to że moja praca będzie doceniona ponieważ baaaardzo się napracowałam (zwłaszcza nad przepisaniem tego wszystkiego :p). Oryginał znajduje się w moim własnym zeszycie w którym mam już zapisane 4 rozdziały (5 w drodze :D) więc postaram się dodawać regularnie w soboty lub niedziele bo właśnie wtedy przebywam w domu (na co dzień mieszkam w bursie :3). Liczę na pozytywne opinie.
Margaryna ^.^
Nie ma to jak zemdleć 3 razy jednego dnia.
OdpowiedzUsuńFajny rozdział pisz dalej!
Ciekawe, jakby wyglądało dziecko Marty i Harrego...
OdpowiedzUsuńPewnie taki Harry ...tylko przeźroczysty :3
UsuńDokładnie!
Usuń